Kompostowanie w miejskim ogródku – mój idealny kompostownik

Witajcie po przerwie. U mnie nadal na maksa lato, a co za tym idzie dużo siedzenia w ogrodzie i gotowania. Dziś zaplanowałam sobie opowiedzieć Wam o moich arcy przejściach z zakładaniem kompostownika. Uważam, że to bardzo ważne i gdyby miało skłonić choć jedno z Was do założenia podobnego to będę szczęśliwa.

Jeśli mieszkacie w domu lub tym bardziej w domu na wsi zapewne kompostownik macie, bo praktycznie wszyscy go posiadają. Wystarczy że jest to minimalnie ogrodzony kawałek ziemi, na który wrzuca się odpadki organiczne, liście, trawę, chwasty, niewielkie gałęzie. Wszystko to, z czym mamy do czynienia w ogrodzie i domu. W takich warunkach pewnie nawet nie zastanawiacie się czy i kiedy te odpadki zostaną przerobione na żyzny kompost gotowy do ponownego użycia i użyźnienia ziemi.

Też tak miałam w moim domu rodzinnym, gdzie miejsce na kompost było od zawsze. Podobnie mam też w domu w Lebiedziach, choć nie wiem, kiedy góra składająca się głównie z trawy (bo jednak bywam tam stosunkowo rzadko, żeby zrównoważyć ją odpadkami z warzyw i owoców) stanie się ziemią kompostową.

Problem z decyzją miałam w mieście. Mój ogródek to 70m2, czyli jest całkiem spory, jak na miejsce warunki. Jednak po zagospodarowaniu go, obsadzeniu roślinami, ziołami, zrobieniu tarasu, piaskownicy itd. jest praktycznie w pełni użytkowany. Zupełnie odpada więc ustawienie w nim dużego drewnianego kompostownika. Zresztą, kiedyś pisałam już o tym, że były takie próby. Spełzły na niczym, bo otwarty kompostownik, w warunkach dość suchych zupełnie się nie sprawdził.

Ostatnie tygodnie upłynęły mi na przeglądaniu internetu wzdłuż i wszerz. Chciałam znaleźć rozwiązanie z samymi plusami. Mój kompostownik miał być zamknięty,  ładny (a przynajmniej nie okropny), funkcjonalny dla naszych warunków (czyli codziennego gotowania), niezbyt wielki, a już całkiem idealnie gdyby nie był plastikowy.

Przyznacie, że sporo tych warunków.

No właśnie, dlatego wybór był bardzo trudny. Z dostępnych do zakupu w internecie opcji podobał mi się jedynie wermikompostownik firmy Urbalive . Produkują go w dwóch kolorach, można go kupić w kilku polskich sklepach online, albo bezpośrednio od producenta. Na wierzchu można posadzić zioła, a kompostuje się w nim albo przy pomocy organizmów probiotycznych (np. w sprayu), albo hodując dżdżownice. Ale to rozwiązanie idealne do mieszkania, do trzymania w kuchni, albo ewentualnie na balkonie. Dla mnie byłby zdecydowanie za mały, a trawę z koszenia trawnika musiałabym dalej wynosić do śmietnika. Często też przywożę do mieszkania naprawdę dużo warzyw, ten pojemnik byłby więc zdecydowanie za mały na ich niezużyte resztki.

Jeśli chodzi o estetykę to byłoby na tyle. Wszystkie inne rozwiązania zrobione z plastiku są po prostu okropne. Kupiłam jeden taki model (w dodatku zdecydowanie dla mnie za duży, bo 200-litrowy). Był to czarny termokompostownik, który po złożeniu od razu rozłożyłam i odwiozłam do sklepu. Generalnie tragedia, jeśli musisz codzienne na niego patrzeć.

Następnie przeszukałam internet w poszukiwaniu inspiracji do domowej roboty kompostowników. W Polsce, choć temat jest coraz bardziej nagłaśniany, jest już kilka blogów o życiu ograniczającym odpady i ekologii w domu, to jednak nadal brak tych praktycznych informacji w czym można kompost robić. Na anglojęzycznych stronach znalazłam za to kilka artykułów z przykładami prostych kompostowników wykonanych z plastikowych kubłów na śmieci. Na końcu moich poszukiwań okazało się, że plastik to nie jedyna opcja i można też kompostować  w pojemnikach metalowych! Hurra! To było olśnienie.

Wystarczyło już tylko znaleźć odpowiedni metalowy kubeł i po sprawie. Żeby było bardziej eko nie zamówiłam go w sieci, bo na bank przyszedłby opakowany w tonę plastiku… Tak to niestety bywa z zakupami online, często nawet jeśli w komentarzu zostawiam prośbę o ekologiczne i oszczędne pakowanie, sprzedający boją się uszkodzeń i mimo to dostaję produkt plus stertę śmieci.

Pojechałam więc po niego osobiście, jest lekki i niezbyt ogromny, więc bez problemu zmieścił się w aucie.

Oto on. Jestem wyjątkowo dumna, szczególnie, że kosztował mnie sporo wysiłku. Idealny na moje potrzeby: 85-litrowy, galwanizowany, z pokrywką, nieszpecący miejsca odpoczynku. Jeśli chodzi o szczegóły to pojemnik ten kupiłam w Castoramie, za około 120 zł. Następnie wykonałam w nim kilkadziesiąt otworów, żeby był napowietrzony (inaczej mój kompost mógłby zapleśnieć).  Otwory zrobiłam młotkiem i gwoździem ;). Tadek pomagał mi oczywiście wyjątkowo mocno.

Przy okazji podczas tego młotkowania przyuważyła nas sąsiadka, która pochwaliła mi się, że też ma kompostownik (z drewna) i po 4 miesiącach już ma pierwszy gotowy kompost! Była to dla mnie świetna wiadomość, bo trochę obawiałam się reakcji sąsiadów, a tu proszę – niespodzianka, nie jestem jedyna.

Żeby wszystko poszło już tylko po mojej myśli w sklepie wybrałam też preparaty przyspieszające kompostowanie (oczywiście wybierałam tylko te, zapakowane w karton ;)). W każdym dużym markecie remontowo-budowlanym można znaleźć takie preparaty, w Internecie można też kupić organizmy probiotyczne przyspieszające kompostowanie (rozwadnia się je w butelce ze spryskiwaczem i spryskuje poszczególne partie odpadków).

A co będę do niego wrzucać?

  • chwasty, trawę i inne ogrodowe odpadki
  • resztki warzyw i owoców
  • ewentualne roślinne resztki z jedzenia
  • skorupki
  • od czasu do czasu, jeśli będzie bardzo wilgotny papier: np. papierowe pojemniki po owocach typu maliny, borówki

Jeśli interesuje Was ten temat i chcecie dowiedzieć się więcej, można poczytać internet (np. tutaj), dołączyć do grupy o kompostowaniu na Facebooku, albo zapisać się na warsztaty kompostowania. Organizuje je np. Julia z Na nowo śmieci.

Ja teraz już będę spać znacznie spokojniej, wiedząc, że nie wyrzucam do śmieci odpadków, z których powstanie wspaniałe podłoże do mojego domowego ogródka i jestem nieco lepszą wersją siebie niż jeszcze wczoraj :). Czekam na pierwsze efekty.

Tymczasem eko, vege, zero waste power!!!