Joga i pyszne jedzenie w Portugalii

Nie wierzę, że jest ktoś, kto odwiedził Portugalię i nie zakochał się z niej bez pamięci. Jest to jedno z moich obecnie ulubionych miejsc na świecie pod każdym względem. Krajobrazy, góry, bujna roślinność, pyszne jedzenie i przepastny, groźny i piękny ocean. Wróciłam do tego miejsca jakieś 6 miesięcy po pierwszym pobycie i coś czuję, że tych powrotów będzie więcej.

Pierwszy raz to była spokojna objazdówka wzdłuż wybrzeża, a tym razem pojechaliśmy dość ryzykownie, bo na stacjonarny wyjazd jogowo – surfingowy do miejsca znalezionego w internecie, Karma Surf Retreat.

Wybierałam się, jak zwykle bez specjalnych oczekiwań, może odrobinę zestresowana lekcjami surfu w tym szalonym oceanie, łatwo się domyślić, że w marcu nie jest dodatkowo zbyt ciepły. Na miejscu, praktycznie od wejścia okazało się, że wybór nie mógł być lepszy, a ekipa Karmy i samo miejsce sprawiły, że były to jedne z lepszych wakacji w moim życiu. Świetnie rozplanowany tydzień, w którym znalazło się miejsce na codzienne zajęcia jogi, relaks w wypielęgnowanym ogrodzie pełnym ptaków, spacery po okolicy i kontemplowanie przyjaznych, domowych wnętrz willi, w której mieszkaliśmy. Trafiliśmy też na super ekipę, w sumie było 9 dorosłych i Tadek.

Codzienna, porządna dawka jogi to było dla mnie piorunujące doświadczenie. Poczułam się fantastycznie, jak nigdy dotąd. Mimo, że na co dzień ćwiczę i praktykuję też jogę, to konkretne, godzinne zajęcia z dobrym instruktorem, wśród podobnie zakręconych osób, pełnych dobrej energii, a w dodatku z obłędnym widokiem na ocean zrobiły swoje. Surfing okazał się tak szalony, na jaki wygląda, ale przeżyłam :). Nie jestem natomiast przekonana, że to jest sport dla mnie. Wolę te z niewielką dawką adrenaliny, cóż może jeszcze kiedyś zapragnę poszaleć na falach, ale nie w najbliższej przyszłości.

A największą niespodzianką tego wyjazdu była kuchnia! Jeśli jecie, albo próbujecie jeść roślinnie na pewno dobrze znacie smutne wybory typu frytki i niezbyt wysokich lotów sałatka. Ja znam bardzo dobrze, więc udając się w podróż nie oczekuję zbyt wiele, a nawet nastawiam się na mniej zdrowe jedzenie i trochę cieszę, że zjem sobie tłuste fryteczki. Tym razem było TAK BARDZO inaczej, że ciężko uwierzyć. Ekipa Karmy pyta każdego gościa o preferencje żywieniowe i potem z pieczołowitością przestrzega wytycznych. Poza tym to miejsce, gdzie w ogóle mięso, ryby i owoce morza na stole goszczą w niewielkich ilościach i niezbyt często. I tak, codziennie objadałam się pysznymi, aromatycznymi, wegańskimi specjałami, o którym normalnie w podróży (i nie tylko) można pomarzyć. Leonor czarowała w kuchni, używając prostych składników i dużej ilości także świeżych przypraw. Była lasange z pieczarkami, sałatki z surowych buraków, jabłek i marchwi, gotowane marchewki z dużą ilością kolendry, moje ulubione święto kuchni indyjskiej z pieczonym kalafiorem, ciecierzycą w sosie z wędzonej papryki, daalem i wiele, wiele innych smakołyków. Do tego mnóstwo orzechów i prażonych nasion, codziennie świeżo wyciskane soki i smoothies, wegańskie desery, trufle, serniki z tofu i tym podobne. Dziewczyny nie żałowały ani świeżej kolendry, ani suszonych daktyli. Niebo w gębie!

Ochy i achy powiecie? A co mi tam! Tak było cudownie, więc dlaczego by o tym nie napisać? Szczególnie, że takie miejsca oprócz wspaniałego czasu dają tak wiele motywacji i inspiracji, że aż chce się gotować i wyciągać matę do jogi. I właśnie takiego kopa dostałam po tym tygodniu spędzonym nad oceanem. Nowe przepisy już wkrótce, gdy uda mi się je sfotografować, gdy przestanie padać. A tymczasem wszystkiego dobrego – jutro Wielkanoc. Zjedzcie coś dobrego i roślinnego, poćwiczcie choć chwilę, a w wolnej chwili przenieście się ze mną do pięknej, ciepłej krainy! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *