Wegański minimalizm i nowe zakupy do mojej kuchni

Dziś o umiłowaniu minimalizmu.

Kto trochę mnie zna wie, że otwarcie sprzeciwiam się niepotrzebnej konsumpcji i na co dzień staram się świadomie ją zmniejszać. Przyznam, że nie lubię zakupów (szczególnie tych dla siebie), głupieję, gdy przymierzę więcej niż 2 rzeczy, szerokim łukiem omijam centra handlowe i podobne przybytki. Zdecydowanie lepiej czuję się na warzywno – owocowych bazarach, w lumpeksach i na zakupach w sieci. Czas spędzony na kupowaniu to dla mnie najczęściej jego strata, choć nie ukrywam, że potrafię doradzić w niektórych tematach np. wyboru garnituru czy koszul.

W efekcie na ważniejsze okazje ubieram się najczęściej w coś sprawdzonego, pożyczonego, albo w kawałek materiału. Zresztą ubieranie w kawałek materiału zastępujący spódnicę, sukienkę, szal, turban (w zależności od potrzeb) – stosuję na co dzień ;). Zupełnie jak przejmowanie męskich bluz, spodni, koszul z sąsiadującej szafy, najchętniej tych spranych, albo przez przypadek wybielonych. Jednym z moich ulubionych, letnich ubrań przez kilka sezonów było piękne, jedwabne, kilkumetrowe sari, które kupiłam w lumpeksie za 5 zł. Nie sądzę, żeby takie „noszenie się” odbierało mi kobiecość, wręcz przeciwnie, wolę czuć się w ubraniach swobodnie i nie frustrować zakupami, ścisłym dopasowaniem rozmiarów i obowiązującym trendem.

Amelia

Podobnie zresztą traktuję temat kosmetyków (może kiedyś stworzę oddzielny post o pielęgnacji przy pomocy dwóch olejów). Ubóstwiam za to wszelkie eko-gadżety, które pozwalają mi na co dzień kupować mniej, mniej śmiecić i czuć się lepiej ze sobą. Od lat używam tekstylnych toreb na zakupy, kubeczka menstruacyjnego (to dzięki mojej przyjaciółce Dominice), Tadek nosi wielorazowe, bambusowe i tetrowe pieluchy, nawet wkładki laktacyjne mam wielorazowe (z organicznej bawełny).


Cały ten minimalizm nijak ma się oczywiście do kuchni i  fotografii kulinarnej, gdzie im więcej eksponatów, mini-talerzyków, mikro-łyżeczek i stylowych wstążeczek – tym lepiej!!! Od akcesoriów mam na szczęście specjalny schowek, który jak dotychczas chroni kuchnię przed zagraceniem. Ale dziś moja kuchnia też się wzbogaciła – nabyłam pierwszy moździerz, garnek do gotowania szparagów i dzbanek do parzenia herbaty. W końcu mamy sezon szparagowy i mimo, że za chwilę się skończy – to za rok będzie znowu – zakup wskazany. Dzbanek do herbaty potrzebny jest mi głównie do skosztowania irańskiej herbaty, którą ostatnio dostałam. Zresztą miło czasem wypić parzoną herbatę i nalać ją z dzbanka. Moździerz – pewnie każdy z Was ma, ja nigdy nie miałam. Ja potrzebuję głównie do rozdrabniania goździków i kardamonu, którego używam do mojej ulubionej gotowanej kawy. Dotychczas ziarenka kardamonu po prostu rozgryzałam ;). Chyba nadszedł czas na bardziej profesjonalne podejście do kuchennych porządków.

Jak myślicie – czy to dojrzałość, macierzyństwo, chłodny dzień, czy po prostu poniedziałek??? 😀

Cokolwiek by to nie było zapowiada porządny remanent i pewnie kolejne zakupy, szczególnie, że dzisiejsze zrobiłam bez wychodzenia z domu i zbędnej straty czasu.

Jakie są Wasze ulubione, najbardziej przydatne gadżety, bez których nie wyobrażacie sobie gotowania? Może macie coś specjalnego do polecania, albo fajne miejsca w sieci, gdzie robicie kuchenne zakupy? Chętnie się zainspiruję!