Co słychać w wege – maju? Miejski ogródek i pokrzywowe zachwyty.

Mój maj rozpoczął się wspaniale! Codziennie budzi mnie piękne słońce i Tadzik, zawsze w okolicach 6 – 7 rano i oboje każą cieszyć się wiosną :). I jak tu się sprzeciwiać, w takich okolicznościach nie ma mowy nawet. W wolnych chwilach działam ostro w moim miejskim ogródku. W tym roku postanowiłam wziąć naukę z ubiegłorocznych przemyśleń (o których możecie przeczytac tutaj) i kilka rzeczy przeorganizować. Po tym, jak pojawił się Tadek trochę zwątpiłam w to, czy w ogóle to grzebanie w ziemi mi się uda, ale okazało się, że nawet 10 – 20 minut wyrwane w ciągu dnia, kiedy akurat trwa drzemka, to czas idealny, aby posiać, przekopać, przesadzić, dosadzić, podlać itp. Bywa też, że udaje nam się razem popracować, Tadzik kontroluje sytuację ze swojej gondoli, albo podlewa razem ze mną siedząc w nosidle, albo na rączkach.

W efekcie już teraz, w pierwszej połowie maja, mam pewne sukcesy i codziennie wypatruję kolejnych wschodzących nasionek i oznak, że różne krzaki się przyjęły. Sama przyjemność! A będzie jeszcze większa, gdy pojawią się warzywka. W tym roku będą dynie (ładnie rosły w pełnym słońcu, więc zdecydowałam się zwiększyć ilość), cukinie, zioła i pomidory (jasna sprawa). Sadzonki pomidorów dostałam od mojej niezawodnej Babci. W tym roku będą wszystkie możliwe odmiany od Bawolego Serca i Malinowych po Black Cherry. Na razie, póki wieczory są dość chłodne stoją na parapecie w mieszkaniu, ale może w weekend już je wysadzę.

A to ja z małym pomocnikiem:

vegeluv

Po zimie mam też dodatkową nauczkę. Może dla reszty miejskich ogrodników to oczywistość, ale ja jakoś nie wpadłam na to, że rośliny w zimie też muszą mieć wodę… Niestety do miejsc, gdzie nie dociera śnieg i deszcz, ja przez zimowe miesiące też nie docierałam i w efekcie ususzyłam kilka lawend i dwa krzaki trzmieliny. Przeżyła tylko nieśmiertelna mięta, która w dodatku nieźle się „rozeszła”. Żyjące lawendy odratowuję z wielkim zaangażowaniem, bo to jedne z moich ulubionych roślin.

Maj już po raz drugi smakuje u mnie pokrzywą. Zaczęło się, z zegarkiem w ręku, dokładnie 1 maja podczas domowej majówki. Tego dnia wypiłam pierwszy tegoroczny, pokrzywowy koktajl (pokrzywa + banan + sok jabłkowo-porzeczkowy + sok z cytryny). I nie przestaję. Przynajmniej do końca miesiąca codziennie zamierzam raczyć siebie, a przy okazji wszystkich, którzy wykażą odrobinę zainteresowania tematem, tym boskim, wzmacniającym napojem (przepis znajdziecie tutaj).

Mam wrażenie, że ta mieszanka nie może się znudzić, szczególnie, że nie tak długo możemy cieszyć się młodą pokrzywą. Po tym, jak zakwitnie, liście nie są już tak delikatne i tracą sporo ze swoich magicznych, wzmacniających właściwości. Zachęcam Was, żebyście poparzyli sobie dłonie razem ze mną i zwariowali na jej punkcie. Naprawdę warto. Ja czuję się fantastycznie odżywiona, a po tak dużej dawce zieleniny, którą serwuję każdego dnia, moja przemiana materii jest jeszcze lepsza! 🙂

Zobaczcie jak rosną pierwsze tegoroczne mięty, nasturcje, dynie i pnącza:

blog wegański miejski ogródek8

blog wegański miejski ogródek7

blog wegański miejski ogródek6

blog wegański miejski ogródek5

blog wegański miejski ogródek4

blog wegański miejski ogródek3

blog wegański miejski ogródek1

 

A na koniec najpiękniejszy koń na świecie, który w tym roku odpowiada za nawożenie ogródka!

histillo